W zeszłym roku, podczas październikowego święta mrozu i ukształtowanej przez pogodę mody pociągania nosem (wprawdzie niektóre undergroundowe kręgi całoroczny katar traktują jako normę, a JP jest tylko na 50%, bo strach jest silniejszy, niż życie na pół gwizdka) oszukałem przeznaczenie i zafundowałem sobie turystykę po słonecznej Italii. Nie kierowałem się, rzecz jasna, własnymi pragnieniami i marzeniami, ale dyrektywami Komisji Europejskiej, by wspierać dochód narodowy krajów balansujących na krawędzi bankructwa. Czy tak ciężko pojąć bezinteresowność we wspieraniu nieróbstwa i wylegiwania się na plaży Włochów i Greków?
Tak czy inaczej, przewrotny los zaprowadził mnie na audiencję do papieża. Pośród tajemniczych murów Watykanu, gdzie spisek to chleb powszedni, a Anioły prowadzą odwieczną walkę z Demonami, stałem w kolejce pod bramkami już od 5 rano. Dookoła mnie nieodrobaczeni ludzie kręcili się i narzekali we wszystkich językach świata. Dało się nawet usłyszeć kilka niecenzuralnych słów w języku polskim. Nie muszę ich chyba cytować.
Gdy dotarłem do bramki na granicy tego największego państwa na świecie, widziałem zarekwirowane: noże, paralizator i niezliczoną ilość butelek piwa. Wystarczyłoby na dobrą imprezę i bójkę kiboli na stadionie. Serio, niektórzy ludzie mają prawdziwy kocioł w głowach. Iść do Watykanu i brać ze sobą alkohol? W sumie zrobiłbym tak samo, ale wziąłbym browarki w puszkach. Trąci amelinium, ale... żaden czujnik nie wykryje. Chyba. Pewnie orientujesz się, jak wygląda zachowanie głodnego wrażeń turysty na wakacjach? Nie mówię w tym miejscu o niepodrabialnym w świecie polish style, czyli skarpetki i sandałki. Mam raczej na myśli cykanie zdjęć na każdym kroku i w każdej możliwej sytuacji. Żaden szanujący się fotograf nie pogardziłby autorskim zdjęciem papieża. Też wyszedłem z takiego założenia, chociaż fotograf ze mnie marny, a już na pewno nie z kategorii: ,,szanujący się".
Opis następnych kilku godzin pominę.
Czekanie... Czekanie... Czekanie...
W końcu wyjechał na swoim popemobile. Ludzie oszaleli. W emerytki wstąpiła kolejna młodość, nabrały wigoru i krzepy w taranowaniu swoich przeciwników w drodze do barierek. Okazałem się sprytniejszy, bo ustałem na krześle z przygotowanym aparatem. Ale... kto się śmieje, ten się śmieje ostatni. Gdyby faktycznie chciały mnie wyśmiać, widziałbym mlaskanie ich bezzębnych szczęk. Powyżej zaprezentowałem efekt mojego chytrego planu. Kompletna klapa. Fakt, wykonałem zdjęcie, ale później zestresowałem się i pomieszałem w ustawieniach, zostając z posmakiem widoku Franciszka na żywo. Mam zamiar napisać do niego bardzo oficjalny list, w którym poproszę, aby jeździł swoją bryką troszkę wolniej.
